piątek, 11 listopada 2011

Rozdział XV cz.II


Podeszłam do nich, mimo że dziewczyny zatrzymywały mnie. Przycisnęłam do siebie Nathana. Przejechałam mu ręką po twarzy i pocałowaliśmy się. Byłam pewna. To z nim chciałam być.
Do Chrisa podbiegła na szpileczkach Katerine i zapytała, czy wszystko okej. Dla mnie było jasne. Byli ze sobą. Chris spuścił głowę i powiedział.
- Chciałem Ci powiedzieć...
- Nieważne. Miło było z tobą, Chris. Powodzenia!
- I wam też. - spokorniał i poprawił sobie koszulę. Usadowiliśmy się w ławkach. Dziwiło mnie, dlaczego profesor się spóźniał. To nie w jego stylu. Z przeciwległych końców sali patrzyliśmy na siebie – ja i Nathan.
Alice mnie szturchnęła.
- No idź do niego!
Zabrałam plecak i usiadłam w ostatniej ławce obok niego. Uśmiechał się do mnie. Drzwi otworzyły się i wszedł nimi prędko profesor.
- Wybaczcie, dzieci. Miałem ważną rozmowę z trybunałem czarodziei. Yyyy....Violetta, choć, prowadź lekcję, ja muszę wyjść. Zacznij nowy temat, czarowanie ekraniczne.
Skinęłam głową. Profesor poszedł, a ja zaczęłam omawiać zaklęcia. Tą wiedzę miałam w sobie. Dziwne, no nie? Nikt mnie nie słuchał, jak to w liceum.
- Animumus la gerra roia, zimbabum blatsus termobilium. - wypowiedziałam z różdżką. Pojawiłam się w telewizji i na monitorze komputera. Klasa zamilkła. Pomyślałam 'opakos czaros' i pojawiłam się znów przy biurku. Dzwonek. Teraz przerwa obiadowa – 40 minut. Poszłam z Nathanem do bufetu szkolnego. Wybrałam frytki z hamburgerem i colę. Nathan wziął spaghetti i krupnik, do tego sok pomarańczowy. Usiedliśmy na ławce na polu i jedliśmy. Tak jakby na dziedzińcu szkoły czaili się jak zwykle – koszykarze, piłkarze, pary, trampiary i fani Harrego Pottera. Ugh. Naprzeciwko nas dostrzegłam łapczywie całujących się Katerine i Chrisa. Kiedyś to ja się tak z nim całowałam. Nie, sekundka. To nie był Chris. To... Damian. A co on robi z Katerine? Mój Boże! Muszę powiedzieć Chrisowi.
- Za chwilę wrócę! - rzuciłam do Nathana i pobiegłam szukać Chrisa. Był przy automacie z jedzeniem.
- Katerine właśnie...całuje się z Damianem. - powiedziałam mu. Zobaczyłam jego szare oczy.
- Wiem, nie obchodzi mnie to. Powiedziała, że nie może ze mną być po tym, jak cię potraktowałem w sali.
- Chris, przykro mi. Możemy być kumplami?
- I mam patrzeć i załamywać się, widząc jak się z nim całujesz? Nie ma mowy. Złamałaś mi serce, po co w ogóle tu przyszłaś? Próbuję o tobie zapomnieć, okej? Nie jestem bez uczuć, boli mnie i to cholernie! Byłaś moją pierwszą prawdziwą miłością...
- Chris...
- Zostaw mnie. Wolisz jego. - pchnął mnie i poszedł gdzieś. Straciłam przyjaciela. Wróciłam do Nathana. Gadał z Brendą. Widziałam jego oczy, znałam te spojrzenia. Flirtował z nią, intrygował, jak mnie na samym początku. Poczułam ukłucie w sercu. Mogłam się spodziewać, że jeśli zranił Bellę, to zrani i mnie. Nie chciało mi się płakać. Czułam się bezradna, ale nie byłam na niego zła. To jego życie. Podeszłam i chwyciłam swój plecak. Brenda poszła, a ja zaczęłam iść do przodu, przed siebie.
- Co jest Viola?
- Podrywałeś ją, widziałam.
- Co ty pleciesz? Brenda to moja kuzynka, dlatego się tu przeprowadziłem. - zrobiło mi się głupio.
- Przepraszam, wydawało mi się, że flirtowałeś z nią.
Uśmiechnął się i zaczął mnie całować. Odleciałam. Usiadłam na zimnej trawie i dałam mu się całować. Czułam się chciana, doceniona, bezpieczna. Wsunął mi rękę za koszulę na plecach. Przeszły mnie dreszcze. Położyłam głowę na jego torsie i leżeliśmy tak wpatrzeni w niebo.
- Kocham Cię. - powiedział i przytulił mnie. - Dlaczego chcesz być z takim debilem, jak ja?
- Nie debilem, to po pierwsze, a po drugie...kocham Cię.

Rozdział XV


Ranek. Jest 5.30. Za pół godziny zaczynam trening z panią Hidey i Nathanem. Już się nie mogę doczekać! Będzie fantastycznie!
7.15. Właśnie wracam z treningu. Nathan mnie po prostu wykończył. Nie mam siły iść do szkoły, a dziś poniedziałek. Jakoś się pozbierałam i udało mi się doczłapać do szarego, nudnego liceum tuż przed 8. W szatni panował tłok, przeciskałam się do swojej szafki. Nathan miał szafkę kilka metrów obok, też dopiero wszedł do budynku. Chris ma szafkę na końcu korytarza – tam, gdzie reszta chłopaków z drużyny koszykarzy. Przebrałam buty, bo taka zasada panuje w liceum, schowałam kurtkę i czapkę. Wyjęłam z blaszanego dziadostwa książkę do chemii i księgę zaklęć. Ruszyłam do klasy, ale Nathan zablokował mi drogę. Zadzwonił dzwonek. W szatni zrobiło się cicho i spokojnie. Nie było nikogo oprócz nas.
- Spóźnimy się na chemię... - przekręciłam głowę. Podszedł do mnie i popchnął do szafki. Pocałował, choć to było w naszym liceum zabronione – swoją drogą głupia reguła!
- Przestań, bo będziemy musieli zostać po lekcjach! - szeptałam mu do ucha. Odsunął się i wziął mnie za rękę. Pomaszerowaliśmy, mając cichą nadzieję, że akurat nikt nie patrzył na obraz monitoringu z szatni. Puścił moją dłoń i weszliśmy do klasy. Pani Greealstone popatrzyła na nas spod burzy blond włosów i kazała usiąść do ławek. Usiadłam obok Alice, mojej kupeli. Nathan nie usiadł jednak obok Chrisa, jak robił to zawsze (!!!!!!!!!!!) ale usiadł w ostatniej ławce. Chris uśmiechał się do mnie. Zauważyła to chemiczka, no i zapytała go. Dostał z odpowiedzi dopa. Wybredził coś i to niesamowiiiiicie. Gdy zobaczyła, że oglądam się do tyłu za Chrisem, jędza zapytała i mnie, choć nie było mnie kilkanaście dni. Dostałam dostateczny, ale baaardzo naciągany. Olać ją . xD. Nathan szczerzył do mnie cały czas swoje śnieżnobiałe ząbki. Wykrywacz spojrzeń (jędza chemiczka) zapytała i jego, tłumacząc, że nie uważa. Okej, powiedział. Mocno ją zatkało, gdy wyrecytował jej słowo w słowo ostatnią lekcję z podręcznika. Dała mu bdb i odczepiła się od naszej klasy. Chwała Bogu!
Na przerwie, chcąc uniknąć chłopaków poszłam korytarzem do szatni. Okazało się, że Chris też tam był. Zobaczyłam go i schowałam się za rzędem szafek. W końcu przyszłam tu, żeby się przed nim schować. Wyjmował księgę zaklęć i...zobaczyłam, jak Katerine, czirliderka całuje go w policzek. Wyszłam zza szafek. Zbledł, i powinien. Łza spłynęła mi po policzku, uciekłam do toalety. Cały tusz mi się rozmazał, siedziałam na parapecie i płakałam. Ufałam mu, tak się męczyłam, żeby któregoś wybrać, a on już znalazł sobie inną? Zadzwonił dzwonek. Umyłam twarz i poszłam do klasy. W drzwiach szepnął mi :
- To nie tak jak myślisz, Viola.
Ale ja pod wpływem złości zbliżyłam się do niego i wykrzywiłam twarz.
- Jesteś dupkiem!
Cała klasa zamilkła, dobrze, że profesora jeszcze nie było. Rozpakowałam plecak i podszedł do mnie jeszcze raz.
- Ja nic do niej nie czuję! - powiedział dość głośno.
- Myślisz, że uwierzę? Nie jesteś jej wart, Chris. Miałeś już swoje pięć minut.
- Czyli chcesz być z Nathanem?! - krzyknął. Klasa bacznie śledziła każdy nasz ruch. Nathan wstał z ławki i podszedł do mnie. Popatrzył w oczy.
- On mnie nie bije i nie oszukuje. Poza tym stara się być ze mną cały czas. A ty? - znowu zaczęłam płakać.
- A ja Cię kocham i nie pozwolę, żebyś była z Nathanem! - pchnął ławkę.
- Zostaw ją, trzeba było się zastanowić wcześniej – do akcji wkroczył Nathan. Objął mnie i mocno przytulił. Czułam się w jego ramionach bezpieczna, a Chrisa ostatnio bałam się.
- Chcę być z Nathanem, zmieniłeś się i to bardzo.
- Bo mój kumpel odbiera mi dziewczynę! Przypomnij sobie ławkę obok Wenus, nasze pocałunki, przytulenia, schron, to wszystko na marne, bo pojawia się taki debil i manipuluje Ci w głowie!
- Przestań, nie masz prawa tak o nim mówić! - szarpnął mnie za rękę i mocno przyciągnął do siebie. Oddychałam szybko, bo nie wiedziałam, o co mu chodzi. Trzymał mnie tak mocno, że nie mogłam się wyrwać. Schylił się i chciał mnie pocałować, ale ja tego nie chciałam, już nie byłam w nim zakochana. Chwycił mnie z kark i nie mogłam się ruszyć. Przymusowo uderzył swoimi ustami moje usta i choć próbowałam się wyrwać całował mnie. Dobiłam do ławki i padłam na nią plecami. Schylił się i przyciskał mnie do niej. Nathan rzucił się na niego i mocno uderzył w głowę. Odskoczył ode mnie i zmienił się w wampira. Nathan zaś w wilkołaka. Walka trwała, a ja obolała od ławki próbowałam ich jakoś rozdzielić. Alice podeszła do mnie i pomogła dość do naszej 2 ławki. Oni bili się dalej.
-Stooooop! - wrzasnęłam.

czwartek, 10 listopada 2011

Rozdział XIV cz. IV


- Przychodzę tu ostatnio, jakoś udaje mi się tu myśleć. Ty jeździsz figurowo?
- Tak jakby.
- Wydawało mi się, czy to był potrójny axel? Ty, ty jesteś dobra!
- Dzięki, a ty skąd znasz się na łyżwiarstwie? - zapytałam. Zarumienił się.
- No...ja jestem 3 łyżwiarzem w 1 grupie 16 – 17 lat.
- Serio? - oczy wyszły mi z orbit. Tam jest tylko jeden Nathan – Anderu. Ale przecież...
- Yhym, to ja. Dlatego między innymi tutaj nikt nie zna mojego nazwiska.
- Przykro mi z powodu Kornelii – jeździł z nią, ale miała wypadek samochodowy i wycofał się z udziału w tegorocznych zawodach z powodu braku partnerki.
- Spoko. A ty z kim startujesz w tym roku? I dlaczego Cię nie znam?
- Na co dzień jeżdżę z Mattem Suier, ale wycofaliśmy się w tym roku. Totalnie nam nie szło. Ja nie jestem w 1 grupie. - spuściłam głowę. Jestem liderką 2 grupy 16-17.
- Aha, a startujesz indywidualnie?
- Nie wiem. Ale mam pomysł. Może razem wykombinujemy jakiś układ i pojedziemy na konkursie?
- No nie wiem, mamy mało czasu. A poza tym...
- Rozumiem, nie wypada 2 wicemistrzowi świata zadawać się z 2 grupą.
- Nie, chodziło mi o nieznanie siebie na lodzie.
- No to ubieraj łyżwy i dajesz. I tak wiem, że masz je przy sobie. - poleciał do wypożyczalni, tam je zostawił. Ubrał i wszedł na lód.
- Co umiesz? - zapytał.
- Dużo. Mam układ na 2 osoby – chcesz zobaczyć? - z torby podałam mu mój plan choreografii.
- Brakuje tu trudnych, spektakularnych figur.
- Za niski poziom? - przytaknął.
- Ale nie martw się, podciągnę Cię do 1 grupy.
Rozgrzał się i pokazał co umie. Zaniemówiłam. To w ogóle nie było możliwe, skakać tak wyniośle i bez wysiłku, jednocześnie tak pięknie i lekko. Poruszał się jak ryba w wodzie. Bezbłędnie pojechał. Szok. Stanął tuż przy mnie. Nachylił lekko i pocałował. Odwzajemniłam pocałunek. Coraz bardziej zakochiwałam się w Nathanie. Jeździliśmy razem – tak dla zabawy. Od następnego dnia zabieramy się do ćwiczeń.
Po treningu poszliśmy na gorącą czekoladę do „Hot caffee” na rogu ulicy. Był wieczór. Poszliśmy alejką Witolda. Usiedliśmy na ławce obok Wenus i zaczęliśmy się namiętnie całować.
- Poczekaj, jeszcze nie wybrałam – oderwałam się od niego. Ale nie zważał na to. Przysunął się do mnie i wręcz zgniótł ciężarem ciała. Nie mogłam się ruszyć, on pomrukiwał z rozkoszy. Poddałam się i poniosłam rozkoszy. Miał spierzchłe wargi, no i zimne. A jakoś rozgrzał mnie. Kątem oka zauważyłam księżyc – dziś pełnia.
- Nie przemieniasz się w czasie pełni w wilkołaka? - zapytałam.
- Jeśli tylko mam ochotę – po prostu się zamieniam. Ty jesteś czarodziejką, no nie? - zapytał, licząc na odpowiedź. Zamiast niej jednym skinieniem palca wyczarowałam mu kubek kakao.
- Uwaga, parzy! - uśmiechnęłam się. Nie mógł się nadziwić. A dla mnie to przecież pestka. - Słuchaj...-szepnęłam niepewnie – musisz o czymś wiedzieć, zanim zdecydujesz się być ze mną. Wie o tym tylko Chris i profesor od magii. Nie mam pojęcia, jak zareagujesz, ale...jestem wybranką, która ma pokonać Lorda Sallwadusa. - Milczenie.
- Mówisz serio? - nie wierzył. - To niewiarygodne! - uśmiechnął się. - Ale to jest niebezpieczne.
- Wiem, dlatego mówię ci już teraz. Jeśli zmieniasz zdanie, ja to rozumiem.
- Nie zmienię zdania za nic na świecie. Kocham Cię. - szepnął mi do ucha. Przypomniały mi się moje chwile z Chrisem, kiedy mnie całował i kiedy się przytulaliśmy.
- Myślisz o nim? - poczochrał mi włosy. Przytaknęłam. Odwrócił wzrok na drzewa. - Chyba czas już się zbierać. Do zobaczenia o 6 na lodzie!
- Pa! - dał mi buziaka w policzek i poszedł sobie. Ruszyłam w stronę domu. Dzwonił Chris.
- Cześć. - odezwał się głos z telefonu.
- Cześć, Chris. Nie męcz mnie pytaniami, proszę. Muszę się zastanowić.
- Przepraszam za uderzenie, jak się czujesz?
- Dobrze.
- Chwała Bogu, no to pa!
- Pa!!!
Rozłączyłam się. Gdy doszłam do domu, rzuciłam się w ciuchach na łóżko. Jak można kochać 2 naraz! Nie mogłam zasnąć, ciągle moje myśli kierowały się na Chrisa albo Nathana.
Dopiero o 3:23 wpadłam na genialny pomysł.
Który jest genialny!!!

Rozdział XIV cz. III


- Viola, co ty robisz? - chwycił mnie za ramię.
- Nie mogę tak dłużej! - krzyczałam. - Nie dam rady!
- Ale o co chodzi? - nie rozumiał Chris.
Nathan podszedł do mnie i pocałował w usta. Uspokoiłam się trochę. Chris zbledł.
- Co ty do cholery robisz? - szarpnął Nathana za rękę.
- Uspokój się, wyjaśnię.
- Nie, Nathan, ja mu powiem. - zmieszałam się i zwróciłam wzrok na Chrisa. - Problem polega na tym, że zakochaliście się w tej samej dziewczynie. A ona zakochała się w obydwu naraz. - rozpłakałam się.
- Nathan, choć raz nie możesz odpuścić mi dziewczyny? - krzyknął.
- To nie moja wina, naprawdę się w niej zabujałem.
Popychali się, a ja płakałam jak najęta.
- Spadaj, to moja dziewczyna. - krzyczał Chris.
- Przestań, zapytajmy może Violę o zdanie.
- Ona woli mnie, nie chcę cię więcej widzieć, myślałem, że jesteś kumplem!
- Jestem, ale miłość wygrywa! Viola, powiedz, z którym chcesz być?
Nie zdążyłam się nawet odezwać, jak przerwał mi Chris.
- Weź go sobie, jeśli go kochasz.
- Chris, to nie tak. Ja kocham was obydwóch.
- Nie możesz upiec dwóch pieczeni na jednym ogniu.
- Nie będę z żadnym z was. Kocham was, ale nie umiem wybrać. Przykro mi. - Chris nie ruszył się z miejsca, natomiast Nathan podszedł do mnie i mocno pocałował.
- Przepraszam, to wszystko przeze mnie. Niepotrzebnie naciskałem. Sorry, Viola. - szedł w kierunku swojego domu.
- A ty co, nawet się do mnie nie odezwiesz? - zapytałam przez łzy. - Zero? Miej chociaż do mnie szacunek, bo ci powiedziałam, nie chciałam kłamać.
Zamachnął się i uderzył mnie w twarz.
- Wiesz, jak ja się czuję? - rzucił i zniknął za drzewem.
Tak strasznie bolało, kuliłam się z bólu. Podbiegł do mnie Nathan i spojrzał.
- Zabiję go, zabiję! - krzyknął. Podtrzymał mnie i pomógł usiąść na ławce. Chris mnie uderzył?! Miałam rozciętą wargę, krew lała mi się z nosa. Płakałam, bo czułam, że straciłam cząstkę mojego życia.
- Wszystko w porządku? - zapytał, gładząc swoją ręką mój policzek. Ale ja wyłam dalej. Dlaczego to jest takie trudne – ta cała miłość?
- Dlaczego on mnie uderzył? - popatrzyłam mu w oczy moimi zapłakanymi, czerwonymi gałami.
- Bo jego to boli. Nie wierzę, jak można uderzyć dziewczynę!
- Pocałuj mnie, tylko tak mocno – szlochałam.
- Jesteś zakatarzona i leje ci się z nosa krew.
Zaśmiałam się. Zawsze umiał mnie rozbawić. Objął i mocno pocałował.
- Czyli już wybrałaś? - krzyknął do mnie Chris, który wyrósł z ziemi obok nas.
- To nie tak... - próbowałam wytłumaczyć, ale na marne. Nathan rzucił się na niego z pięściami i zaczęli się bić. Łzy leciały mi z oczu strumieniami. Uciekłam. Pobiegłam do mojego ulubionego miejsca w całym mieście, czyli do mojego pokoju. Siedziałam tak i płakałam dobre kilka godzin.
Do mojego pokoju wszedł cicho Chris, miał rozcięty łuk brwiowy i podbite prawe oko.
- Viola, wybacz mi, byłem pod wpływem emocji, nie chciałem cię uderzy..
- Wyjdź.
- Słucham? Viola, poczekaj, daj mi to wyjaśnić. Nathan zawsze odbierał mi dziewczyny, ale potem okazywało się, że one i tak nie chciały ze mną być. Teraz ty jesteś najważniejsza. Wiesz o tym, kochasz mnie.
- Chris, to nie takie proste. - płakałam. Chciał mnie pocałować, ale odchyliłam głowę.
- Wolisz jego, ha? - wstał.
- Czuję się przy nim szczęśliwa i.. kocham go. Ciebie też. - dodałam.
- Przemyśl to, miłej nocy! - powiedział spokojnie i wyszedł. Znów się rozbeczałam, jak mała dziewczynka. Wyczarowałam sobie eliksir zdecydowania. Już perfekcyjnie opanowałam moc. Przystawiłam kranik do ust, ale nie przechyliłam buteleczki. Odstawiłam ją na stolik i wysmarkałam nos. Ubrałam się w strój do jazdy na łyżwach i chwyciłam łyżwy do ręki. Już długo nie ćwiczyłam, a otwarcie sezonu już za miesiąc! Pobiegłam do najbliższego lodowiska – o dziwo, nie było nikogo! Dałam karnet sportowy na darmowe wejścia i ubrałam łyżwy. Po rozgrzewce zaczęłam skakać skoki. Podwójny axel, podwójny, podwójny i za nic nie chciał wyjść potrójny. Puściłam muzykę – miałam tu znajomości. Jeździłam z niezwykłą precyzją, dokładnie jota w jotę z choreografii pani Hidey. Spirala, piruet, przekładanka – jazda do tyłu, skok i po niesamowicie dobrym jak po długiej przerwie podejściu udał mi się potrójny axel. Uśmiechnęłam się i zakończyłam występ przed pustymi trybunami głębokim skłonem.
Po chwili okazało się, że nie byłam sama. Jakaś postać wstała z krzesełka i szła w moim kierunku.
- Viola, to ty? - usłyszałam znajomy głos.
- Co ty tu robisz Nathan? - zarumieniłam się.

Rozdział XIV cz. II


- Nie możesz tak po prostu tego zakończyć.
- Mogę - padłam na trawę i zaczęłam ryczeć.
- Viola, przestań. - wtuliłam się w jego bluzę dresową.
- Ja nie wiem, co mam robić.
- Nikt tego nie wie. Oprócz tego – wskazał na moje serce. Dotknął mnie tak delikatnie, że nie mogłam mu się oprzeć. Wziął do ręki kasztana i zaczął mi nim jeździć po włosach. Zaśmiałam się, to było całkiem przyjemne.
- Podoba ci się? - zapytał.
- Yhym. - zobaczyłam jego głębokie oczy. Nachylił się i pocałował. Wszystkie smutki ze mnie uszły jak z balonika. - Chcesz ze mną być?
Wstałam i spuściłam głowę. Nie wiedziałam, co odpowiedzieć.
- Chcę, ale nie mogę zostawić Chrisa. Z nim łączy mnie coś więcej, niż tylko przyjaźń. Tak samo jest z tobą. Nie każ mi teraz wybierać.
- Proszę, chcę cię mieć tylko dla siebie. Głupio mi jak wariatowi z cyrku gdy widzę jak idziesz z nim za rękę i całujesz go.
- Ale ja kocham go!
- Nie możesz być z dwoma naraz. Nie rozumiesz? - zapytał.
- Wiem to, ale... daj mi trochę czasu. - pocałowaliśmy się z języczkiem. Przeszły mnie dreszcze.
- Świetnie całujesz, wiesz? - popatrzył mi w oczy. Zarumieniłam się. - Muszę iść, rodzice czekają w domu. Mam w sumie szlaban, ale się wyrwałem. Do zobaczenia! - puścił moją dłoń.
- Papa. - Wróciłam do domu w dobrym humorku. Przed gankiem siedział Chris.
- Cześć, co tu robisz? - zapytałam.
- Czekam na ciebie. Mam niespodziankę. - wyciągnął z kieszeni bilety do kina. Uśmiechnęłam się.
Po chwili już zamawialiśmy popcorn i colę.
Usiedliśmy w 12 rzędzie krzesełek.
- Dlaczego myślisz o czymś innym? - zapytał, gdy film się zaczął. Nie odpowiedziałam, Chris objął mnie i przytulił. Po filmie poszliśmy do kawiarni. Na tarasie było mnóstwo wolnych stolików, więc zajęliśmy ten przy fontannie.
- Kakao? - zapytał. Skinęłam głową. - Jak podobał Ci się film?
- Nawet fajny. - odpowiedziałam. - Może weźmiemy na wynos?
- Zgoda.
Szliśmy alejką Witolda. Tu znajdują się ławki z posągami. Usiedliśmy na tej obok posągu Wenus. Dopiliśmy kakao. Przysunął się do mnie i zaczęliśmy się całować. Namiętnie, długo i bardzo mi się to podobało. Kątem oka widziałam przechodniów, którzy patrzyli się na nas z zafascynowaniem, ale nie obchodziło mnie to. Bałam się, że może tędy iść Nathan. No i niestety – szedł. Kącikiem oczu zerknęłam w jego oczy. Zakłopotany podszedł i poklepał Chrisa po ramieniu. Ten dopiero się ocknął i oderwał od moich ust swoje wargi. Zaśmiał się.
- Cześć brachu! Gdzie się podziewałeś?
- Tam i siam. A wy tu, jak widzę, nie próżnujecie? - puścił mi oko.
- No tak. Miłość jest piękna, brachu.
- Coś o tym wiem. Zakochałem się na zabój w pewnej dziewczynie. - zrobiło mi się niedobrze.
- Gratulacje! Jak się nazywa? - i tu prawie udusiłam się z przerażenia.
- Nie znasz. Jest genialna. A jaki charakter! - bałam się, naprawdę. Strach mnie obleciał, spociłam się i miałam dreszcze. Ciągle gadali o mnie i o uczuciach! Już wolałabym o meczu Polski z Barceloną! Chłopaki, co jest??!!??!!?!?!?!?!?!?!?!?!?!?!?!?!?!?!?!?!?!
Nie wytrzymałam. Wstałam i rzuciłam się do ucieczki. Obydwaj zaczęli za mną biec. Potknęłam się i prawie się przewróciłam. Ale jakoś biegłam dalej. Złapał mnie Chris.

Rozdział XIV


Tak, nie mam pojęcia który jest tym jedynym. Nie pytajcie mnie teraz o to.
Wróciłam do domu, profesor już pozwolił nam wychodzić. Uff...
Chris siedział pod domem. Najwidoczniej babcia poszła do sklepu.
- Hej, Viola – ucieszył się na mój widok. Pocałował i zapytał. - Gdzie byłaś?
- A byłam z Nathanem na kakao. Miły chłopak.
- Ta, Nathan jest spoko. Ale uwierz, straszny z niego podrywacz. - zaschło mi w gardle. Mogłam się domyślić, taki z niego manipulator!
- Serio, nie wygląda na takiego. - drążyłam.
- Co tydzień jest z inną. Teraz jest z …. no........ tą.....y......Bellą. Jest w jego wieku.
- To, Nathan nie jest starszy ode mnie tylko pół roku?
- Nie, dziewczyno! On nie przeszedł z 2 do 3 gimnazjum. Zimował, dlatego chodzi z nami do klasy.
- Aha – skinęłam głową. - Od dawna się kumplujecie?
- Nie, odkąd tylko przyjechał pod koniec wakacji. To czadowy kumpel, ma niezłe oko co do dziewczyn. - zaśmiał się.
- Możliwe. - wzięłam go za rękę i przytuliłam. - Chcesz być ze mną?
- Viola, co ty? Masz chandrę czy doła? Oczywiście, że chcę. - przytulił mnie mocno. - Wiem, co ci poprawi humorek – zbliżył swoje usta do moich i pocałował. Długo, mocno, czule. Jest źle – to nie pomogło. Widząc to zaczął mnie łaskotać.
- Przestań, nie mam ochoty na takie wygłupy. Wiesz, że tego nie lubię. - buchnęłam na niego. - Przepraszam, mam zły dzień, Chris.
- Dobrze, rozumiem, zostawić cię samą? - podeszłam do niego i pocałowałam w policzek.
Poszedł.

Następnego dnia obok mojego domu zaczął kręcić się Nathan. Wpatrywał się w okno mojego pokoju. Skąd wiedział, gdzie mieszkam?
Chciał, żebym wyszła, ale nie chciałam z nim gadać. Gdy przez uchylone okno wleciał mi do pokoju prosto na biurko śliczny, duży kasztan, przełamałam się. Ubrałam kozaki, kurtkę i wyszłam na ganek.
- Hej! - uśmiechnęłam się.
- Nie dostałaś kasztanem? - zapytał troskliwie.
- Nie, spoko. Wczoraj po naszym spotkaniu...
- Całowałaś się z Chrisem, wiem. - popatrzyłam na niego z zainteresowaniem.
- Skąd ty..
- Czuję to – znów mi przerwał. Poszliśmy do parku – tego co ostatnio. Alejki znów świeciły pustkami, dosłownie jak mój ulubiony sklep po wyprzedaży.
- Ponoć jesteś wielkim podrywaczem. - zagadałam.
- Wcale nie. Po prostu ciągle szukam tej jedynej. I chyba nawet wiem kto to.
- Taaaa. Ładna jest, co?
- Jak róża na pustyni. - uśmiechnął się.
- Wszystkie na to lecą? - zadrwiłam.
- Mówię serio, zakochałem się w tobie. - stanął i nieziemsko mocno mnie objął. - Nie wymagam od ciebie, żebyś zerwała z Chrisem. Ale pozwól mi się czasem z tobą zobaczyć.
- To masz jak w banku. A co z Bellą? - zapytałam.
- Jaką Bellą? A, z Bellą... - zerwę z nią, nie kocham jej.
- Draniem jesteś, łamać tylu dziewczynom serce. Słuchaj, nie mogę się z tobą spotykać, mam chłopaka a ty dziewczynę. Rozumiesz? - odepchnęłam go. Okazał się jednak natrętny i znów się do mnie zbliżył.
- Viola, masz do mnie słabość.
Ale nie miał racji.

poniedziałek, 7 listopada 2011

Rozdział XIII

Ocknęłam się, ciągle wisząc w powietrzu. Przy mnie był jakiś chłopak. Nie rozpoznałam go. Ale pomagał mi, skutecznie! Trzymał za rękę i mocno ją ściskał. Na dole profesor i Chris walczyli z wilkołakami.
- Spokojnie, jestem Nathan. Siedzę za tobą na niemieckim. - ujrzałam jego śnieżnobiałe zęby. - Przechodziłem obok i...-urwał.
Nie odczuwałam bólu, nigdzie. Ale nagle coś tak jakby we mnie uderzyło. Wstrzymałam oddech i zacisnęłam zęby. Rzuciłam się na Nathana, szukałam ukojenia w jego ramionach. Mocno się go trzymałam, wbijałam w jego ręce paznokcie, by tylko zapomnieć o przeraźliwym bólu. On mnie rozumiał, jest starszy o jakieś pół roku. Już to przeżył. To może wydawać się dziwne, ale u nas każdy pomaga innym, gdy widzi, że ktoś przechodzi przez przemianę. Nie ważne, czy to nieprzyjaciel czy przyjaciel. Po prostu pomaga.
Ból odpuścił i zaczęłam powoli opadać na ziemię. Byłam wycieńczona, choć wiele przecież nie robiłam. Cała w kroplach potu leciałam w dół. Padłam na ziemię i nie dałam rady się ruszyć. Zobaczyłam nade mną wilkołaka. Nathan przemienił się – w wilkołaka – i zaatakował mojego przeciwnika. Byłam mu bardzo wdzięczna. Leżałam na środku pola walki i oddychałam ciężko.
Z każdej strony toczyła się nadzwyczaj zaciekła walka.
Udało się! Wilkołaki przegrały. Nathan i Chris równocześnie rzucili się w moim kierunku.
- Nic ci nie jest, Viola? - zapytał czule Chris.
- Viola, wszystko ok? - odezwał się równie przestraszony tym wszystkim jak ja Nathan.
Nie wiedziałam na którego mam patrzeć.
- Tak, chyba już okej. - wstałam. Chris podbiegł do profesora i zadał mu to samo pytanie, co mnie. Nathan natomiast stał i nieśmiało się uśmiechał. Wśród burzy brąz włosów ujrzałam błękitne oczy. Nie takie, jak Chrisa. Były głębokie jak rów mariański i intensywne jak ….. coś, co jest intensywne. Zaczęło mi się kręcić w głowie. Złapał mnie i wziął na ręce. Popatrzył w moje szafirowe oczka i ukazał śnieżnobiałe ząbki. Uśmiechnęłam się. Pachniał lasem i grzybami. Zrobiło mi się słabo. Nie odzywał się, tylko ruszył w stronę domu profesora. Otworzył drzwi i wniósł mnie do salonu. Położył delikatnie na kanapie i odsunął się.
- Dzięki, Nathan. Dziękuję, że pomogłeś mi przez to przejść. To dużo dla mnie znaczy. Gdybym tylko mogła Ci się odwdzięczyć!
- Spoko, Viola. Też to przechodziłem, wiem, jak to boli.
- Może umówimy się na kakao? - zapytałam, choć nie miałam nawet tego na myśli.
Uśmiechnął się i podszedł do kanapy.
- Viola, nie musisz mi się odwdzięczać. - odgarnął mi kosmyk włosów z twarzy. - Nie chcę niczego w zamian.
- Nathan, proszę. Muszę Ci podziękować.
Popatrzył na mnie z dużym zaciekawieniem i kilka razy mrugnął oczami.
- No dobra, jutro o 16? - zapytał, wystawiając mi język.
Zaśmiałam się.
- Pewnie. - niechcący nasze spojrzenia się spotkały. Zatonęłam w jego oczach. Nie wiem jak i dlaczego, ale nie mogłam odwrócić wzroku. On chyba też nie. Patrzyliśmy się na siebie dłuższą chwilę. Nie miałam pojęcia, co mam teraz zrobić. Tak w ogóle gdzie jest Chris i profesor? Nathan nie ruszał się. Ja też nie. Patrzyliśmy sobie w oczy cały czas. Nathan nagle zerwał się jak oparzony i podążał w moim kierunku. Popatrzył mi w oczy z takiego bliska, że miałam wrażenie, że wręcz się topię w jego oczach. Przysunęłam głowę do jego głowy i pocałowaliśmy się. Uciekł zaraz z salonu zostawiając mnie samą z niesamowitym uczuciem rozkoszy. Co to było? Nigdy nie czułam się tak wyjątkowo. Dlaczego to zrobiłam? I to z najlepszym kumplem mojego chłopaka?

NASTĘPNY DZIEŃ

Zrozumiałam już wszystko. Pod megaimpulsem po przemianie brakowało mi bliskości i dlatego pocałowałam Nathana. No bo przecież nie zakochałabym się po 10 minutach! Prawda?
Dziś po południu poszłam do 'Briliant Caffee', w końcu umówiłam się z Nathanem. Gdy weszłam zobaczyłam go – siedział w samym rogu przy stoliku nr 15. Podeszłam i ściągnęłam kurtkę.
- Hej! - zaczęłam. - Zamówiłeś już?
- Cześć, jeszcze nic nie zamawiałem.
No i to by było na tyle.
- Może weźmiemy na wynos? - zaproponował.
- Okej, skoro chcesz.
Po chwili z gorącymi kubkami kakao szliśmy jakimiś zupełnie nieznanymi mi, ciasnymi uliczkami.
Panowała grobowa cisza, jakoś nie miałam weny do mówienia. On najwyraźniej też nie.
- Słuchaj – przełamałam się – to co zaszło między nami wczoraj...
- Wiem, przepraszam. Poniosło mnie i tyle, zapomnijmy o tym.
- Właśnie...- i znowu cisza przejęła stery. Wyrzuciłam pusty kubek do kosza na śmieci. Byliśmy w jakimś parku, ale w części całkowicie bez ludzi. Nasz spojrzenia się spotkały, co nie było dobrym posunięciem. Odwróciłam szybko głowę i popatrzyłam na korony drzew. Zatrzymał się, no więc ja też. Przedarł się przez żywopłot. No więc ja też. Ujrzałam niesamowite miejsce – jakaś stara fontanna, niedziałająca już.
- Ale cudowna! - zachwyciłam się. - Jak znalazłeś to miejsce?
- Przypadkowo. - to było jedyne słowo, które powiedział. Usiadł na trawie i dopił resztkę kakao ze swojego kubka. Zgniótł go i rzucił przed siebie. Usiadłam obok niego.
- Serio, dziękuję za wczoraj. - Nie odpowiedział. Chyba jest bardzo małomównym człowiekiem.
Popatrzył mi w oczy. Znowu nawiedziło mnie to pożądanie Nathana. Zaczął mnie całować, mimo mojej zgody. Próbowałam się mu wyrwać, ale w głębi duszy bardzo tego chciałam. Poddałam się i zaczęłam rozkoszować jego obecnością. Towarzyszyła mi magia, ten pocałunek był magiczny niczym.....magia! Przekręciłam głowę.
- Nie mogę. - złapałam się za głowę. - Jestem z Chrisem.
Przygryzł wargę.
- Nie mogłem się powstrzymać. - uderzył się w czoło. - Ale ze mnie idiota.
- Nie, nie idiota, jesteś świetnym facetem, ale... rozumiesz. - nie chciałam go urazić. Panowała długa cisza. Wstał i przedarł się przez żywopłot. Ja też. Powróciliśmy na ścieżkę i w milczeniu szliśmy. Kopałam kasztany. Po chwili Nathan wziął mnie za rękę i mocno szarpnął do siebie. Objął i pocałował czule.
- Przestań, Violet. – skomentował, gdy zaczęłam się odsuwać. - Dobrze wiem, że tego chcesz.
Istotnie, chciałam. Ale przecież to nie fair w stosunku do Chrisa. Nathan znowu mnie pocałował. Odwzajemniłam pocałunek. Nie wiem dlaczego!
- Nie mogę, mam już chłopaka. - próbowałam mu to wytłumaczyć.
- A ja dziewczynę, i co? Nie mogę się oprzeć. - uśmiechnął się.
- Nie możemy...
- Możemy, nikt się nie dowie. - pocałował mnie, a ja znowu odwzajemniłam pocałunek. Dlaczego?
Chwilę łapczywie się całowaliśmy, odczuwałam większą rozkosz niż gdy robiłam to z Chrisem. To było nie fair, wiem, ale to było o wiele silniejsze ode mnie.
Miałam dylemat.
Trójkąt miłosny.
Niezdecydowanie.
Trudny wybór.
Rozkosz a bezpieczeństwo.
Bałam się.
Nathan czy Chris?
A może obydwaj naraz?
Albo żaden.
Nurtowało mnie to.
Nathan czy Chris?
Który to ten właściwy?

sobota, 5 listopada 2011

Rodział XII


Że machina do badań jest magiczna, magiczne też były wyniki.
Christopher _-_-_-_
Syn: Dracula i Bella Maria Mitrooy

Violetta Barrota Montroy
Córka: Enriqe Bronttol i Bella Miranda Milootrit

Rozpłakałam się ze szczęścia. Chris nie jest moim bratem. Podbiegłam do niego i obudziłam.
- Chris..
- Co się stało? - skoczył na równe nogi z przerażeniem w oczach, gdy zobaczył, że płaczę. - Masz wyniki? - wyrwał mi kartkę z ręki. Jego wzrok śledził literkę po literce. Odetchnął z niesamowitą ulgą, po czym otarł mi łzy z policzka.
- Viola, udało się! - skoczył z radości. - Dlaczego się nie cieszysz?
- Cieszę się, niesamowicie! - popłakałam się jeszcze bardziej.
- Nie rycz, malutka.- podszedł do mnie i mocno przytulił. 'Malutka' skierowane do mnie podtrzymało mnie na duchu. Przetarłam oczy i pocałowaliśmy się. Boże, jakie to szczęście!
- Będziemy razem do końca świata...- wyszeptałam mu do ucha.
- A nawet jeszcze dłużej.- odpowiedział schrypniętym, cichym głosem.
- Y.....- usłyszeliśmy zza pleców – przepraszam, ze przeszkadzam dzieci, ale z pomocą innych czarodziei otoczyłem szklaną powłoką nie do pokonania mój dom. Możemy już do niego wrócić.
Uśmiechnęłam się i wzięłam Chrisa za rękę. Otworzyliśmy betonowe wrota schronu i wyszliśmy. Była ciemna noc. Gwiazdy świeciły, a księżyca nie widziałam. Popatrzyłam na schron i czarami zlikwidowałam go. W oknie domu profesora mignęła mi czarna postać. Przestraszyłam się. Do moich urodzin zostało zaledwie 3 dni. Na samą myśl o przekazaniu mi całej mocy robi mi się niedobrze. Boję się. To ponoć boli, gdy jakieś dziwne siły unoszą Cię na wysokość tam powiedzmy 3 metrów w powietrze i przemieniają Cię w pełnoprawnego czarodzieja. To musi być fantastyczne uczucie, ale nie wiem dlaczego intuicja każe mi się bać. Ból na sam koniec jest tak silny, że nie można wytrzymać. Tracisz panowanie nad ciałem i zdajesz się na los. Może przy tym uczestniczyć jakaś osoba, by wspierać, ale nie musi. Ja jednak na pewno wybiorę Chrisa. Chcę, żeby mi pomógł przejść pierwszą przemianę w czarodzieja. Właśnie, nie pytałam się go nigdy o jego odczucia podczas przemiany w prawdziwego wapmira.
- Chris, jak było w dniu twoich 16 urodzin, pamiętasz swoją przemianę?
Zmieszał się trochę i przygryzł wargę.
- Mam Ci powiedzieć prawdę?
- Tak, wolę się bać, ale wiedzieć jak było z tobą.
- Byłem wtedy w szkole, normalny dzień. Po ostatniej lekcji poszedłem na trening piłkarski. W drodze jakaś siła mnie uniosła i zaczęło się. Ból był tak silny, że krzyczałem wniebogłosy. Nikogo jednak w pobliżu nie było. Musiałem przejść to sam. Straciłem panowanie nad swoim ciałem i zemdlałem z bólu. Ocknąłem się leżąc na ścieżce. Zacząłem inaczej czuć zapachy krwi i oddalenie przyszłych ofiar. Wyostrzył mi się wzrok i powiększyły kiełki. Była noc. W kilku domach paliło się światło. Wróciłem do domu. Byłem już prawdziwym wampirem. Mój ojciec został zgładzony już dawno temu, dlatego mieszkałem sam. Nie mogłem usnąć w nocy. Ale gdy zmorzył mnie sen, zasnąłem jak zabity. Następnego dnia nie poszedłem do szkoły. Doskonaliłem moje nowe umiejętności.
- Aha - odparłam zdumiona. - Naprawdę ból był przerażający?
- Niestety tak. Nie wiem, czy sama wytrzymasz ten ból.
- Będziesz przy mnie, prawda?
- Ale to znaczy, że chcesz się uwiązać ze mną do końca życia? - popatrzył mi w oczy.
- Na tą chwilę tak. Pomożesz mi przez to przejść?
- Oczywiście.
- Obiecujesz?
- Obiecuję. - uśmiechnął się. Ulżyło mi. Może z Chrisem ból mnie nie dopadnie aż tak. Muszę się jeszcze mentalnie przygotować. Ponoć bez tego, nikt nie da rady przeżyć.
Moje przemyślenia przerwał szelest liści. Chwyciłam różdżkę do ręki i zaczęłam się niepewnie rozglądać. Zza krzaków wylazł wilkołak i rzucił się na Chrisa. Za nim wylazło kilka innych wilkołaków i zaatakowały one profesora. W panice próbowałam mu pomóc, ale walka była bardzo zacięta. Zza drzewa wychylił się największy z wilkołaków i szczerząc swoje kły powoli podchodził do mnie. Czarami rzuciłam na niego zaklęcie Żmii – zamienia ono stworzenie w posąg. Nagle zza innych drzew w kierunku Chrisa zaczęły schodzić się inne wilkołaki. Chciałam mu pomóc, ale niestety nie mogłam. Coś zaczęło mnie ciągnąć ku górze. Przeraziłam się. Przecież do moich urodzin jeszcze 3 dni! Ale ta siła nie chciała słuchać. Nie byłam jeszcze gotowa, ale nic nie mogłam zrobić. Poczułam niesamowity ból w klatce piersiowej. Nie mogłam oddychać. Ból był okropny, z moich oczu rwącym potokiem lały się łzy. Nie mogłam wydusić z siebie dźwięku. Chris, gdzie jesteś?!
- Chriss!- przeraźliwie zachrypiałam. Zwrócił głowę ku górze i przestraszył się.
- Nie mogę Ci teraz pomóc, jest ich zbyt wiele! - krzyknął, zabijając wilkołaka.
Ból odczuwany w klatce piersiowej stał się niczym w porównaniu do bólu brzucha. Miałam potężne skurcze, które ledwo co znosiłam. Z zaciśniętymi zębami patrzyłam, co niewidzialna siła ze mną wyprawia. Byłam zabawką w rękach olbrzyma!
- Chris! - zawyłam z bólu tak, że aż musiałam się skulić.
- Viola, nie dam rady! - krzyknął. Istotnie walczył na śmierć i życie.
Ból odebrał mi władanie nad ciałem. Nie miałam nad nim kontroli, do tego czułam okropnie mocne ukłucia w żebra. Krzyczałam z bólu, płakałam i próbowałam sobie wyobrazić przy mnie Chrisa. Ale nie mogłam. Dlaczego to tak boli? Nagle cały ból przeniósł się na moją głowę. Słyszałam głosy obcych ludzi, zmieszane ludzkie myśli, okropne krzyki ludzi i przed oczami widziałam sceny śmierci. Szumiało mi w uszach, czułam okropny smród, zrobiło mi się gorzko w ustach. Kurczowo trzymałam się za głowę. Ściskałam ją i biłam w nią.
- Chris. - moje usta wypowiadały bezskutecznie jego imię. Miał mi pomóc przez to przejść.
Ból rozciągnął się na całym ciele. Odczułam kilkanaście razy mocniejsze ugryzienia w kilku miejscach ciała niż jedno ugryzienie w szyję przez Chrisa.
Nic nie widziałam, przestałam słyszeć i oddychać...
Zastygłam w bezruchu...
Taśma mi się urwała...

Rozdział XI


Siedzieliśmy całkowicie zbici z tropu.
- Znaczy się......... jesteśmy rodzeństwem? - zapytał.
Nie wiedziałam, co mam odpowiedzieć.
- Czyliiiii, moja, znaczy się nasza matka najpierw urodziła mnie, a potem, gdy mój ojciec latał po świecie urodziła ciebie z innym? Ale to znaczy, że...
- Nie możemy być razem.- powiedziałam przez łzy. Nareszcie zrozumiałam, dlaczego oczy Chrisa dodawały mi matczynej otuchy. Takie same oczy mogłam widzieć w ciągu pierwszych 3 lat mojego życia.
- Ale ja nie mylę się w uczuciach, ja kocham Cię nie jak siostrę, ale jak dziewczynę.
- Myślisz, że mnie to nie przerasta? - rzuciłam mu wrogie spojrzenie. - Ja ciebie kocham zupełnie inaczej, niż myślałam, że kocham innych chłopców. Do ciebie czuję pożądanie, a nie 'podobasz mi się'. To, to nie może być prawda, że ja i ty to rodzeństwo. - Naprawdę nie mogłam uwierzyć.
- Już nigdy nie będę mógł Cię pocałować! - uderzył głową o ścianę. Położyłam mu rękę na ramieniu.
- Daj spokój, to nic nie pomoże. Poczekaj, ale nie wiemy, nie mamy potwierdzenia, że twoja matka nazywała się tak dokładnie.
Wyczarowałam dwie strzykawki. Rzuciłam jedną Chrisowi. Pobrałam krew sobie, on sobie. Kolorem nie różniła się ani trochę. Popatrzyłam mu w oczy, bo wiedział, co chciałam zrobić. Machnęłam palcem i w kącie pokoju pojawiła się maszyna do badania próbek DNA.
Nadeszła ta chwila. Nabrałam powietrza i przycisnęłam przycisk 'badaj'. To bardzo szczegółowe badanie, więc maszyna stwierdziła, że potrzebuje na nie 5 godzin.
'OK' – pomyślałam. -'Byle z dobrym dla nas wynikiem'.
Usiedliśmy obok siebie na betonowej podłodze.
- Kocham Cię – oparłam głowę o jego tors. Gładził mnie po głowie. Miałam straszną ochotę go pocałować. Nasze usta prawie zetknęły się, ale gwałtownie odwróciłam głowę i spuściłam ją.
- Nie mogę...- bolało mnie to w sercu. Podeszłam do maszyny, ale ten czas się dłuży! Jeszcze 4 godziny i 5 minut. Położyłam się na karimacie. Gdy tylko zamknęłam oczy Chris podbiegł do mnie i wręcz się na mnie rzucił. Zaczęliśmy się całować, tak długo, ciepło i niesamowicie! Wiedzieliśmy dobrze, że to niedozwolone, by siostra była w związku z bratem. Ale nie mogliśmy bez tego wytrzymać, to był impuls, zakazany owoc. Ta chwila trwała długo, naprawdę długo. Ciągle całowaliśmy się nie licząc ile razy. To mógł być ostatni raz, kiedy okazujemy nasze uczucia względem siebie w ten sposób. Nie chciałam przestać. On też nie, czułam to. To była niesamowita chwila, najlepsza ze wszystkich. Ale nie mogła trwać wiecznie.
- Viola, niemogąc być z tobą zostanę kawalerem. Nikt inny się dla mnie nie liczy.
- Nie znasz dnia ani godziny. Może kiedyś znajdziesz normalną dziewczynę, która nie jest twoją siostrą.
- Żebyś czasem nie wykrakała. - przytulił mnie. - Spróbuj zasnąć. Może coś miłego Ci się przyśni.
Zamknęłam oczy i rzeczywiście usnęłam. Śnił mi się L. Sallwadus, który uciekł z więzienia i dopadł mnie. Krzyczałam, biegłam, uciekałam, ale zabił mnie. Obudziłam się spocona, z paniką i szybko bijącym sercem. Na maszynie świeciła się zielona lampka. Szybko wstałam i potruchtałam do niej.
To co zobaczyłam na zawsze zmieniło nasze życie. Moje i Chrisa.

Rozdział X


Profesor postanowił się nie mieszać w nasze sprawy i wyczarował sobie bibliotekę. Oczywiście z nosem w książkach nie obchodziło go nic więcej!
Chris właśnie do mnie podszedł. Usiadł obok i spuścił głowę.
- Viola, ty nie zrozumiesz. To za trudne, powiem Ci kiedy indziej. Obiecuję. - chciał mnie pocałować, ale odwróciłam głowę. - Nie ufasz mi?
- Myślałam, że nie mamy przed sobą tajemnic.
- Proszę, daj mi szansę, było nam tak dobrze.
- Już miałam taką sytuację z moim byłym. Dałam szansę, ale nigdy nie poznałam prawdy.
- Jesteś dla mnie bardzo ważna. - wziął mnie za rękę.
- Daruj sobie, nie jestem taką osobą, która nie chowa urazy.
- Jestem agentem WOOŚ. Przydzielono mi misję ochrony wybranki.
- Akurat, nie jesteś nim. Taka agencja nie istnieje.
- No dobra, nie istnieje. Tak naprawdę to jestem synem Drakuli, który odziedziczył dziwne talent po ojcu i matce.
- Kim była twoja matka? - zapytałam, bo niby to czytałam historię Drakuli, ale jakoś tego fragmentu nie pamiętam.
- Zabił ją, gdy dowiedział się, że urodziłem się ja. Wiesz, przecież latał po świecie. Nie rozumiem go. Miałem wtedy 4 lata. Ukrywała mnie przed nim. Tak po prostu zabił ją. Sam wychował mnie. Ponoć nie była wapirzycą, ale źródeł żadnych nie mam. Mój ojciec był łajdakiem! - prychnął.
- Smutne.
- O, pamiętam. Nazywała się chyba Bella Milootrit, coś takiego.
Znieruchomiałam. Czas stanął. Nie mogłam uwierzyć. To nie mogła być prawda, o nie! Nie, nie, to nie prawda. Czemu??? Jakim cudem, cholera! To nie prawda!
- Wiesz – powiedziałam w panice – że to też i moja matka?

Rozdział IX

- Myk! Już !Czary są przydatne.
Chwilę tak siedziałam, ale w głębi duszy aż mnie rwało. Musiałam coś zrobić, myślałam, że zwariuję! Weszłam do środka budynku i włączyłam telewizję. Chris poszedł do kuchni zrobić śniadanie. Nagle usłyszałam krzyki profesora. Jak najprędzej doczłapałam się do biblioteki i przeraziłam się. Profesor leżał na podłodze. Kucnęłam i zobaczyłam zakrwawiony palec u prawej ręki.
- Co się stało? - krzątałam się po pomieszczeniu.
- Po prostu zobaczyłem jakąś postać na ogrodzie i zagapiłem się. Przeciąłem sobie palca krojąc składniki do wywaru.
Chris szybko wybiegł na ogród i zaczął szukać kogokolwiek.
Ja pomogłam profesorowi obmyć palec i zakleiliśmy go plastrem. Profesor wyglądał na bardzo zamyślonego. Wyszłam z pokoju pod pretekstem potrzeby. Dziwnie nie wierzyłam w przecięcie palca. Tak ot, po prostu! W lustrze przy pomocy czarów ukazał się obraz sprzed kilku minut z biblioteki. W oknie istotnie była postać, ale to była smoczyca. Profesor przecież nie jest taki głupi, żeby nie rozpoznać takiej postaci. Może to przez stres lub słaby wzrok? - wzruszyłam ramionami. Podratowałam poje włosy spinką i muszę przyznać w koku było mi ślicznie. Położyłam się na kanapie i zaczęłam oglądać film – pewien tragiczny romans. Historia tak mnie poruszyła, że zaczęłam płakać. Moje łzy nie były jednak przeźroczyste. Były błękitno - niebieskie, zupełnie jak oczy Chrisa. Było to trochę dziwne, to samo stwierdził Chris wchodząc do pokoju.
- Viola, czy ty płaczesz? - odwiesił kurtkę na wieszak i podszedł do mnie. - Nie możesz płakać z powodu filmów, przestań. - wziął pilota i wyłączył telewizję. Ale ja nie mogłam przestać, wręcz przeciwnie, zaczęłam ryczeć. Było mi wstyd przed nim, ale musiałam. Usiadł obok mnie i przytulił. Nic nie mówił, ale wiedziałam, że w duchu mnie mocno wspiera. Nie wytrzymałam tej ciszy, odwróciłam się i popatrzyłam mu w oczy. Ten zniewalający błękit dodał mi odwagi. Pocałowałam Chrisa, a on odwzajemnił pocałunek. Niewiedzieć dlaczego zrobiło mi się słabo. Po raz pierwszy obecność Chrisa stała się dla mnie niekomfortowa. Bałam się, że czymś go przestraszę, że się przed nim ośmieszę. Dobrze, że siedziałam, bo nogi stały się jak z waty. Serce mi łomotało, poniekąd się stresowałam. Dziwne. Dlaczego wcześniej się tak nie czułam?
- Bo w końcu dopadła Cię miłość – odpowiedział, po czym pocałował mnie jak jeszcze nigdy dotąd. Czy on umie czytać w myślach? Zadałam sobie pytanie, znając dobrze na nie odpowiedź.
- Nie mówiłeś, że masz dar do czytania w myślach. Dlaczego mi nie powiedziałeś?
- Niektórych to płoszy. Ale spokojnie, udaje mi się zawsze odczytywać tylko te myśli, w których jest wzmianka o mnie.
- Mój poprzedni chłopak też posiadał taki dar. Wykorzystywał go do wyjawiania ludzkich sekretów. - prychnęłam na samą myśl o Ivanie. Chris popatrzył na mnie z zaciekawieniem. - No co, nie będę udawać przed tobą, że innych chłopaków nie miałam. Nie jestem taka tępa.
Uśmiechnął się.
- Za taką bezpośredniość Cię kocham – znowu mnie pocałował. Przynajmniej przez chwilę poczułam się miło. Przytuliłam go z całej siły.
- Dzięki, Chris. Umiesz człowieka pocieszyć. - wzięłam go za rękę. - Choć.
Poszliśmy do biblioteki, by zobaczyć jak sobie radzi profesor Hiftton.
- Chodźcie dzieci, znalazłem coś interesującego. - wskazał na długi dialog w księdze. Mówił o odrodzeniu się L. Sallwadusa, ale ponoć historia kończy się pomyślnie. Od razu przystąpiłam do ćwiczeń z profesorem. Zostały 4 dni do moich urodzin. Szesnastych. Strach wzmagał się wraz z odliczanymi dniami. Nauczyłam się panować nad mocą, lecz jeszcze nie do końca. Gdy dostanę całą moc, na pewno świetnie sobie z nią poradzę – słowa profesora.

Coś mi się przypomniało! Przypomniała mi się postać w oknie szpitala i ta sprzed kilku dni w oknie profesora. Porównywałam szczegół po szczególe. Natrafiłam na ważną rzecz.
Noga już wcale nie bolała, została oczywiście paskuuudna blizna, ale mniejsza z tym. Podbiegłam do pokoju, w którym spał profesor. Trudno się dziwić – całą noc ślęczał przed książkami. Zaczytany facet, ha?
- Profesorze – szarpałam, próbując go obudzić – profesorze Hiftton! - ale figa!
- Chris! - krzyknęłam, a on zjawił się w okamgnieniu. - Nie mogę obudzić profesora.
Po dłuuuuuuuuuuuugich zmaganiach profesor w końcu się ocknął. Ulżyło mi na sercu.
- Och, przepraszam, dzieci, powinienem was uprzedzić, że mój sen jest twardy jak skała. - zaśmiał się i pogładził brodę.
- Profesorze, odkryłam, kim naprawdę była postać w oknie. Posłuchajcie ! - poleciłam i zabrałam się do omawiania mojej teorii. Profesor nieco się zadumał, a Chris rzucał podejrzliwe spojrzenia na alarm przeciwpożarowy.
- Cicho!-krzyknął. Przyłożył ucho do ściany i chwycił mnie za rękę. - Tu jest niebezpiecznie!
Wybiegliśmy na podwórko i czym prędzej wyczarowałam schron, o który prosił mnie Chris. Cała nasza trójka odetchnęła chwilkę.
- Chris, o co Ci chodziło z tą ucieczką z mojego domu? - zapytał lekko podirytowany profesor. - Mam zainstalowane tysiące alarmów!
Chris nabrał powietrza do płuc i szepnął mi do ucha ' stwórz tu monitoring podziemny'. Zaskoczył mnie. Zamknęłam oczy i włala! Na betonowych ścianach pojawiło się kilka monitorów.
- Podkopy wilkołaków! - oczy profesora zrobiły się szare. - Skąd wiedziałeś?
- Muszę odpowiadać? - popatrzył mi w oczy.
- Ty coś ukrywasz? Chris, ja...- urwałam w połowie. Całe moje zaufanie do niego legło w gruzach.
- Nie mogę wam powiedzieć, to wbrew zasadom. - nie mogłam go zrozumieć.
- Jeśli chcesz być ze mną musisz mówić mi wszystko, zaufanie to podstawa, nie wiesz o tym?
- Viola, nie mogę.
- Czyli to coś jest ważniejsze niż ja?
- To nie tak, nie rozumiesz.
- To mi wyjaśnij! - nerwy mi puściły.
- Bardzo bym chciał, ale chcę, żebyś była bezpieczna.
- Przesadzasz, po prostu się boisz. Nie wierzę...
- Przepraszam, nie mogę tego powiedzieć, naprawdę.
- Chris! - łza spłynęła mi po policzku. - Skoro chcesz mieć tajemnice, miej je beze mnie. - Odwróciłam się i usiadłam w drugim końcu pomieszczenia. Nie mogłam na niego patrzeć. Ja powiedziałam mu o mnie wszystko, a o nim nie wiem praktycznie nic. Idiotka!

Rozdział VIII


Leżałam. Przeziębiłam się chyba. Łóżko w domu profesora nie było wygodne. Wstałam więc i pokuśtykałam na taras. Piękne słońce wysyłało swoje złociste promienie na kolorowe liście drzew. Eh, jaki stąd piękny widok. Chris położył się w drugim pokoju. Nie można nam wychodzić, odkąd przyśnił mi się L. Sallwadus. Profesor się o nas boi. Zaparzyłam sobie herbatę i powoli podeszłam do drzwi pokoju, w którym spał Chris. Były uchylone. Widziałam, jak powoli oddychał. Poszłam dalej korytarzem, do sali w której przebywał profesor.
- Profesorze, co teraz będzie? - zapytałam, odnajdując mężczyzną w starszym wieku w bibliotece.
- Nie wiem, Violetto, nie wiem. - usiadłam obok niego i zaczęłam przeglądać stare, zakurzone księgi. Profesor wyraźnie czegoś szukał.
- Może jakoś pomóc? - zaproponowałam. Byłam tu już kolejny dzień i nudziło mi się trochę.
- Szukam bardzo ważnej księgi 'O wybrance i Sallwadusie'. - uśmiechnęłam się. Zamknęłam oczy i skinęłam palcem. W ręce pojawiła mi się ta oto stara, ciężka jak diabli, zakurzona księga.
- Wielkie nieba! - zadumał się profesor. - Już świetnie opanowałaś moc.
Skinęłam głową, gdy nagle do pokoju wpadł zaspany Chris. Miał poszarpane włosy i zmiętą koszulę. Wyglądał przezabawnie. Zachichotałam.
- Jakieś nowe informacje? - zapytał i podszedł do mnie.
- Raczej nie – ruszyłam ramionami. Lewą ręką potargałam mu włosy. Uśmiechnął się i wystawił mi język.
- Ej! - zbuntowałam się. - Bez takich! - roześmiałam się. Zostawiliśmy profesora z lekturą i poszliśmy na taras. Słońce jeszcze do końca nie wzeszło. Było pięknie.
- Skąd pomysł, że to ja jestem wybranką? Dlaczego ja? Co ja zrobiłam takiego magicznego?- posmutniałam. Nie wiedziałam, dlaczego, ale poczułam dziwną niechęć do herbaty.
- Będziesz ją jeszcze pić?- zapytał najwyraźniej spragniony Chris. Podałam mu kubek. Przełknął.
- Fuuuuuuuu, słodzisz? - zapytał, wykrzywiając się.
- Yhym. Ale czasem lubię gorzką. - spuściłam głowę. Popatrzył na mnie z politowaniem.
- Przerasta Cię to? - trafił w dziesiątkę. Pogładził mnie po plecach.
- Nie mogę tylko zrozumieć dlaczego...- urwałam. Poczułam niesamowity ból w kostce.
- Viola, wszystko gra? - złapał mnie za rękę.
- Chyba tak, noga znów zaczyna boleć. Muszę zrobić sobie okład.

środa, 2 listopada 2011

Rozdział VII



Zaczęłam się dusić ze zdziwienia. Że to niby właśnie ja pokonałam Lorda Sallwadusa? Tak...na zawsze? Nie, to jakaś pomyłka. Przecież to najpotężniejszy demon w historii!
- To nie może być prawda, ja tylko wypowiedziałam 4 byle jakie słowa. - tłumaczyłam się profesorowi. Wątpię, żeby zrozumiał, ale to przecież prawda!
- A pamiętasz jakie? - zapytał, jakby moja rana nie istniała i nie bolała przeraźliwie.
Usiłowałam sobie przypomnieć, ale łacinę trudno dobrze zapamiętać. Czyli to ja, czyli właśnie ja jestem podejrzana o bycie wybranką? To wprost niewiarygodne. W takim razie...
- Lookumuss Sarroviet la bella. - po chwili przypomniałam sobie słowa wypowiedziane przeze mnie wcześniej.
- Znasz łacinę?- zapytał Chris. No i w tym właśnie tkwił problem.
- Nie. Powiedziałam, co mi przyszło na myśl. Profesorze Hiftton, wszystko w porządku?
- Nie mogę uwierzyć, że uczyłem wybrankę świata magii. Violetto Barroto Montroy, jesteś wybranką. - profesor skłonił się przede mną. Chris stał siedział obok mnie, jakby w ogóle nie docierało do niego nic z otoczenia. Chyba był w szoku.
- Chris, co jest?- zapytałam, ukrywając duszący mnie od dłuższej chwili ból w nodze.
- Nic, po prostu nie mogę uwierzyć, że moja dziewczyna jest tak potężną czarodziejką. - wziął mnie za rękę i popatrzył w moje oczy. - Musimy ci pomóc, zaraz możesz się wykrwawić.
Delikatnie wziął mnie na ręce i niósł niczym piórko przez lasy i polany. Co chwila patrzył mi w oczy a ja rumieniłam się. Za każdym spojrzeniem jego niebieskich oczu coraz bardziej mnie w sobie rozkochiwał. W jego ramionach czułam się taka bezpieczna!
Po chwili przestałam myśleć o Chrisie, bo noga nie dawała mi na to szans. Spojrzałam na różdżkę. Moc naładowała się do połowy – jakieś 10 zaklęć. Chwyciłam ją i po prostu zamknęłam na chwilę oczy. Po otwarciu oczu okazało się, że jesteśmy u profesora Hifttona w domu. Oczywiście ku mojemu zdziwieniu profesor złapał się za głowę i powiedział:
- Twoja moc jest silniejsza niż moja! - kiwnął głową. Nie rozumiałam. Przeniesienie do domu, co w tym takiego trudnego? Profesor jednak uprzedził moje pytanie.
- Byliśmy w strefie bez magii!- rzucił pełne podziwu spojrzenie i zniknął za regałem w swojej pracowni. Sama sobie zadałam pytanie, jakim cudem to zrobiłam. Chris położył mnie na dębowym biurku i pogładził mi włosy.
- Zdajesz sobie sprawę, jak wielką moc posiadasz? - zapytał mnie, całując delikatnie w policzek.
- Nie – odpowiedziałam szczerze. Nachylił się i pocałował w usta, bardzo tego potrzebowałam.
- Kocham Cię – szepnął mi do ucha, a ja onieśmielona tym uśmiechnęłam się lekko.
- Chris, bądź tak miły i przesuń się, muszę jak najprędzej jej pomóc.
- A dlaczego, skoro moje czary są potężne moje zaklęcie mi nie pomogło? - zapytałam.
- Bo to demon, Violetto. Najpotężniejszy z demonów. To w ogóle cud, że udało ci się obronić.
Profesor przyniósł specjalne mazie, liście i fiolki z proszkami, dopiero po kilku minutach rozsmarował to nad kostką i zakleił liściem akacji.
- To bardzo poważna i głęboka rana, będzie się długo goić. Blizna zostanie.
- Poradzę sobie, profesorze Hiftton. Chris mi pomoże, no nie? - zwróciłam się do niego.
- Oczywiście – uśmiechnął się. Był taki przystojny! Dlaczego tak w ogóle wcześniej się z nim nie umówiłam? Przecież to chłopak idealny.
Jutro jest sobota. Bardzo dobrze. Opuściłam kilka dni w szkole, ale jakoś przeżyję. Martwią mnie tylko trzy rzeczy.
Po pierwsze, nie będę mogła startować w zawodach łyżwiarskich przez ugryzienie nieistniejącego już, dzięki mnie Lorda Sallwadusa.
Po drugie, będę musiała dużo się uczyć panowania nad magią, zaklęć itd.
Po trzecie, muszę się zastanowić dlaczego to właśnie ja zostałam wybranką świata czarów, bo nie ukrywam - to mnie trochę przeraża.


Sobota.
Chris jest przy mnie prawie cały czas, dodaje mi potrzebnej jak rybie woda otuchy. Profesor natomiast wychodzi ciągle do pracowni i rozmawia przez teleczar ze znanymi postaciami i dowódcami naszego świata. Rozmawiają o mnie. Wszyscy są w szoku.
Dziś mogłam już stanąć na tej mojej biednej nodze. Profesor widząc to prawie się załamał.
- Ile ty masz mocy!? - mówił do siebie co chwila. Stwierdził, że mam moc potężniejszą od wszystkich magów zasiadających w trybunale czarodziei. Zmartwiło mnie to. Czy sobie z nią poradzę?
Moja matka została zabita przez Drakulę, mój ojciec za Lorda Sallwadusa – gdzieś w sercu to wiedziałam. Zostali zgładzeni przez najpotężniejszych potworów w historii! A co ze mną?
Bałam się o mnie, o Chrisa i o profesora. Coś nie było w porządku, dokładnie to czułam. Moje 16 urodziny już za tydzień, a w świecie magii źle się dzieje.
Zmęczona wczorajszą sytuacją przespałam się jeszcze koło południa. Obudziłam się cała zalana potem. Oddychałam gwałtownie, głęboko i z przerażeniem w oczach. Śniło mi się, że...
Chrisa obok mnie nie było, rozmawiał z profesorem w drugiej części pokoju. Podbiegli do mnie obaj i profesor zapytał zmartwiony:
- Zła wizja?
Przytaknęłam głową. Było mi niedobrze. Chyba miałam temperaturę.
- Co jest, Viola? - zapytał i wziął mnie za rękę Chris. Jego oczy oślepiły mnie swoim blaskiem.
Nie miałam pojęcia, czy mogę to powiedzieć, czy nie. Ale panika mnie sparaliżowała. Bałam się.
- Sallwadus – zaczęłam z przerażeniem w oczach - właśnie się odrodził.

Rozdział VI


Rana bolała mimo opatrunku coraz bardziej. Musiałam się stąd zmywać, ale chciałam wiedzieć kim jest ten okrutny wampir. Po prostu musiałam!
- Jason? - zapytałam – Jason Bowl?
Postać kiwnęła potakująco głową. Przecież to nie mógł być mój ojciec, zginął (ponoć zginął) tuż po moich 8 urodzinach – dlatego resztę czasu wychowywałam się u dziadków.
- Przecież ty nie żyjesz...- załamałam ręce. - Nic z tego nie rozumiem. Dlaczego miałbyś atakować własne dziecko?
Wampir przybrał postać zupełnie mi nieznanej osoby i zaczął przeraźliwie charczeć. Odskoczyłam. Różdżka nie mogła mi pomóc w wydostaniu się – czary nie potrafią oszukiwać, tj. też między innymi otwierać magią zamków z szyframi. Przetelepotować też się nie mogłam, bo przecież nie mam tak dużej mocy. I tak pewnie surowo mnie ukarzą za używanie magii bez obecności profesora.
   Pomocy! Wampir za niedługo się uwolni. Różdżka prawie nie ma już mocy – a ja siedzę tu całkiem sama, bez nikogo, kto mógłby mi pomóc i w dodatku kuśtykam, odczuwając gorszy ból, od tego, kiedy Chris po raz drugi ugryzł mnie w szyję. Popatrzyłam na różdżkę. Mocy wystarczy tylko na 2 zaklęcia. Jako pierwsze bez chwili wahania wymówiłam w głowie, by Chris i profesor się tu znaleźli. Razem na pewno coś wymyślimy. Skupiłam się i zrobiłam to. Odczułam przy tym tak okropny ból w kostce, że łzy dobrowolnie puściły mi się z oczu. Bałam się, że coś przekręciłam w zaklęciu, bo nie pojawiali się. Wampir charczał przeraźliwie, a ja biedna zaczęłam bać się każdego jego ruchu. Siedziałam w samym kącie już od jakiejś godziny. Krew dalej lała się z rany rwącym wręcz potokiem. Mdliło mnie na sam widok. Cały mój prawy but był zakrwawiony, a obok nogi powstawało czerwone jeziorko. Jeszcze chwila i się wykrwawię na śmierć. Dlaczego nic się nie dzieje? - rozpłakałam się rzewnie. Postać w siatce poruszyła się. Byłam bliska swojego końca, czułam to. Przecież nie mogłam się ruszyć – ból był nie do zniesienia. Wampir-tata-Łukasz uwolnił się i już miał się na mnie rzucić, gdy betonowe drzwi z szyfrem otworzyły się i w szklanej, latającej kuli do środka wleciał profesor. Chris wpadł do ciemnego pomieszczenia zaraz za nim.
- Boże, Viola ! - krzyknął.
- Chris, Chris! - darłam się wniebogłosy. - Tak bardzo boli! - płakałam. Przytulił mnie i wziął na ręce. Profesor toczył walkę z wampirem. Chris wybiegł ze schronu najprędzej jak się dało, a ja starałam się głęboko oddychać.
- Nie możemy tak zostawić profesora.- zbuntowałam się, choć nie wiedziałam, jak moglibyśmy pomóc. Posadził mnie pod drzewem.
- Zostań tu. - polecił mi, po czym długo i bardzo namiętnie mnie pocałował. Zmienił się w wampira i poleciał profesorowi od magii na pomoc. Ledwo co oddychałam, ale widziałam dobrze całe zajście w schronie. Musiałam im jakoś pomóc, ale jak?
Wstałam, konałam z bólu i kuśtykałam z podkuloną głową, ale w pewnym momencie dotarłam do betonowych wrot i chwyciłam różdżkę. Ostatkiem sił wypowiedziałam pierwsze 4 słowa, które przyszły mi na myśl i skierowałam główkę różdżki na wampira. Nagle wampir w potwornym krzyku rozpuścił się w powietrzu i zostawił po sobie tylko pelerynę. Chris odwrócił się w moją stronę i podbiegł do mnie, bo upadłam na trawę.
- Jakiego zaklęcia użyłaś, Viola? - zapytał mnie, ale nie zdążyłam odpowiedzieć.
Profesor zrobił ogromne oczy. Zaczął się jąkać i patrzył na mnie z podziwem. W ręce miał skrawek peleryny wampira. W rogu były wycięte inicjały.
'L.S'
Chris w okamgnieniu stał się blady jak papier a profesor zdołał wypowiedzieć tylko dwa zdania.
- ' Lord Sallwadus. To ona jest wybranką '.

Rozdział V

Na początku chciałabym polecić blogi:
- http://life-lives-forever.blogspot.com/
- http://falling-daniel.blogspot.com/


To było wręcz niemożliwe! Lord Sallwadus przecież jest demonem. Nie mógł przedostać się przez portal w Tinthown bez żadnych kłopotów, komplikacji, ot tak sobie! Coś mi tu śmierdzi. I to nie stęchlizna. Po długich konwersacjach na temat Sallwadusa Łukasz miał pokazać mi jak czarami otwiera się schrony. Profesor pozwolił mi użyć magii, co było wielkim zaszczytem, zwłaszcza, że nie miałam pojęcia, że taki zaszczyt istnieje przed szesnastką!
Skupiłam się i moc 'wyszła mi z palca'. Trenowaliśmy oczywiście w lesie. Ziemia rozstąpiła się i pod nami zobaczyłam betonowy budynek. Łukasz nie podzielał mojego entuzjazmu, którego nie mogłam się pozbyć po poprawnie wyczarowanym budynku. Weszliśmy. Łukasz szybkim ruchem zamknął za nami betonowe drzwi na szyfr i stanął w najciemniejszym kącie.
Przestraszyłam się, ale stwierdziłam, że to tylko moja wyobraźnia płata mi figle. Niedługo potem przekonałam się, że niestety nie...
Łukasz, a raczej wampir, który wyssał całkowicie jego krew i przybrał jego ciało, rzucił się na mnie z ostrymi jak brzytwy kiełkami. W pomieszczeniu nie było nikogo, oprócz nas.
Biegłam dookoła, byle mnie tylko nie dotknął. W końcu złapał mnie za tułów i przyciągnął mnie do siebie. Bałam się, nie miałam pojęcia co chce zrobić. Krzyczałam i próbowałam mu się wyrwać, ale na marne. Był o wiele silniejszy. W końcu uderzyłam go łokciem w głowę i puścił mnie. Syknął, a jego oczy zmieniły kolor na kruczoczarne. Był wściekły. W panice sięgnęłam do kieszeni w poszukiwaniu pomocnej rzeczy. Była tam moja różdżka, którą zawsze miałam przy sobie. Chwyciłam za nią i wysyłałam w wampira pociski ognia. Nie wiedziałam, skąd takie zaklęcie mi przyszło do głowy, ale nie było źle.
- Kim jesteś? - w pocie czoła próbowałam się obronić. - Kim jesteś, do cholery? - krzyczałam. Moja moc była coraz silniejsza. Nie powinnam czarować, ale nie miałam innego wyjścia. Chrisa nigdzie w pobliżu nie było, więc nie czułam się bezpiecznie. Wysłałam różdżką impuls do profesora, że jestem w niebezpieczeństwie. Było coraz gorzej, pociski były mniejsze, wolniejsze i niecelne. Wampir skoczył na mnie. Przewróciłam się i różdżka mi wypadła, nie miałam jak jej sięgnąć. Leżał na mnie, a ja w panice zaczęłam bić go po twarzy pięściami. Zemdlał. Przeczołgałam się po podłodze i chwyciłam moją ukochaną towarzyszkę. Gdy wstawałam ugryzł mnie w nogę. Kuśtykałam, ale broniłam się .
- Powiedz mi kim jesteś bo nie ręczę za siebie! - posłałam w jego stronę sieć ze szczerego złota. Przez nią każdy stwór pozostaje w bezruchu na co najmniej godzinę. Upadłam na betonową podłogę i spojrzałam na ranę. Mocno krwawiła. Bolało mnie niesamowicie, ale zmuszałam się, by nie płakać.
- Kim jesteś? - zapytałam, zakładając na nogę magiczny opatrunek (3 lekcja magii z działu „Choroby i urazy” w naszym liceum).
- Nie poznajesz, królewno? - odrzekł niski, chrypliwy głos. Zemdliło mnie.
Królewno?
Tak mówił mi tylko ojciec w dzieciństwie. (...)

wtorek, 1 listopada 2011

Rozdział IV cz. II

- Przepraszam, ja nie wiem co się stało, ale...- próbowałam mu to jakoś wyjaśnić. Oboje osłupieliśmy w jednym momencie.
- To moja krew – złapał się za głowę Chris. - Jak mogłem o tym zapomnieć?!
- O czym? - zapytałam.
- Jeśli wampir ugryzie ofiarę, nic się nie dzieje. Ale jeśli jesteś synem Drakuli, zamieniasz w wampira osobę, którą kochasz.
Przegryzłam wargi. To niemożliwe, nie chcę być wampirem!
- Powiedz, że da się to odwrócić.- powiedziałam bardziej do siebie niż do Chrisa.
- Na szczęście da się, ale to może trochę boleć. - odetchnęłam. - Muszę Cię ugryźć jeszcze raz w tą samą ranę. Przykro mi.
Czytałam gdzieś, że drugie ugryzienie wampira w ciągu kilku dni od 1 może spowodować śmierć nagłą i bolesną. Zamarłam z przerażenia i wspomnienia przeszywającego mnie bólu. Ale nie mogłam zostać wampirem ani minuty dłużej.
- Ale ja mogę nie przeżyć, Chris. - złapałam go za rękę. W kącikach oczu zebrały mi się łzy.
- Chcesz to zrobić? - zapytał, choć sam nie był zwolennikiem tej sytuacji. Przytaknęłam głową i usiadłam na parapecie. Panicznie się bałam. Zbliżył się do mnie i powiedział, że mnie przeprasza za to, co zaraz zrobi. Popatrzyłam mu w oczy. Czułam jego oddech na moim karku. Po chwili poczułam ukłucie. Wbił najdelikatniej jak tylko się dało swoje kiełki w moją ranę, ale i tak ból był przeraźliwy. Zacisnęłam zęby i uroniłam kilka łez. Wszystko było w porządku, żyłam, ale nagle przed oczami zaczęły mi migotać czarne plamy. Oblał mnie zimny pot, próbowałam o nich nie myśleć, ale z każdą chwilą było coraz gorzej. Zaczęłam krzyczeć i wierzgać nogami. Chris już wykonał swoją robotę i w panice zaczął mną szarpać. Nic nie widziałam i bałam się każdego odgłosu. Uderzyłam mocno głową o ścianę i padłam na ziemię. Poczułam tylko ciepły pocałunek na moich ustach. Leżałam tak świadomie, jednak całkowicie nic nie widziałam. Po chwili obraz zaczął wracać i przybierać kształty.
- Tak się bałam! - rzuciłam mu się na szyję. Nie odezwał się tylko wziął mnie za rękę i pociągnął przez korytarz. - Co ty wyprawiasz? - zapytałam.
- Widziałaś tę postać w oknie, prawda? - pociągnął mnie mocniej.
- Skąd wiesz? - zatkało mnie, ale biegłam dalej.
Biegliśmy przez kilka minut aż dotarliśmy do wyjścia awaryjnego. Chris rozbił szklane drzwi i przebiegł przez nie.
- Pośpiesz się! - krzyczał. Nie miałam pojęcia o co mu chodzi. W końcu stanął pośrodku parkingu obok szpitala i rozglądnął się. Podniósł studzienkę i kazał mi tam wejść. Nic z tego nie rozumiałam, ale weszłam tam. Tak strasznie cuchnęło!
- Powiesz mi w końcu o co chodzi? - zapytałam. Ale po chwili już rozumiałam. W kanale zobaczyłam Łukasza i profesora od magii. Postacią w oknie okazał się Lord Sallwadus. (...)

Rozdział IV cz. I


Ocknęłam się. Nade mną wisiała jakaś kolorowa lampa, w którą głupio się patrzyłam od pewnego czasu. Jestem chyba w szpitalu, bo wszędzie słyszałam dzieci płaczące tak przeraźliwie, że aż mi się chciało płakać. Nie ruszałam się, bo tak jakby nie mogłam. Wszystko mnie bolało. Noga jest mocno posiniaczona, czuję to. Gdzie ja jestem? Nie wiem dokładnie. Udało mi się w końcu wstać. Trzymałam się za głowę.
- Kochanie, poleż sobie jeszcze.- usłyszałam głos pani Hidey. - Jesteś w szpitalu, ale to nic poważnego. Jutro Cię wypiszą. - „Możliwe”- pomyślałam i znów ogarnęła mnie ciemność.
Obudziłam się wieczorem. Tata był w delegacji, więc na swój sposób nie spodziewałam się tu nikogo innego jak pani Hidey. A jednak. Obok łóżka na twardym jak skała taborecie siedział Chris i trzymał mnie za rękę. Patrzył od długiego czasu w okno. Chyba nie widział, że się przebudziłam. Patrzyłam na jego oczy, pełne smutku i żalu. Odbijało się w nich szare niebo. On te oczy poleruje, czy co? Wyglądał tak normalnie, jakim cudem jest synem strasznego potwora, który tak namieszał w naszym świecie?
Ścisnęłam mocniej dłoń, za którą mnie trzymał. Momentalnie skierował wzrok na mnie.
- Cześć...- zaczął niepewnie. Nie dałam rady nic powiedzieć. - Nie wiem, czy chcesz, ale tu przy tobie siedzę. - no i nastąpiła chwila ciszy. Pochylił się nade mną i pocałował w usta. Zrobił to tak delikatnie, że po prostu nie mogłam się oprzeć rozkoszy. Podniosłam się i usiadłam na niewygodnym łóżku. Miałam na sobie strój z treningu. Włosy miałam rozczochrane, a noga wcale nie była bardzo posiniaczona. Musiałam pójść do WC. Ubrałam jakieś kapcie, które nawet nie były moje i z trudem ruszyłam do toalety. Kręciło mi się w głowie. Chris wziął mnie za rękę i zaprowadził do toalety.
Tyle co puściłam jego rękę nogi się pode mną ugięły. Padłam na ziemię. Chris wziął mnie na ręce i wniósł do łazienki. Położył na parapecie i zablokował drzwi. Z kieszeni wyjął strzykawkę. Ja nie miałam siły się ruszyć. Kłem rozciął sobie rękę i napełnił całą strzykawkę swoją krwią. Podniósł mi bluzkę i wstrzyknął mi swoją soczystoczerwoną krew w pierś (nad sercem), po czym odgarnął mi włosy z ramienia i zatopił swe kły w mojej szyi. Najgorsze było to, że byłam tego świadoma. Czułam straszny ból, który sparaliżował moje myśli. Chris wyssał mi chyba kilka litrów krwi. Oblizał się. Poczułam nagła ulgę. Noga przestała boleć, mogłam się ruszać i przede wszystkim nie kręciło mi się w głowie.
- Co ty zrobiłeś? - kątem oka popatrzyłam na jeszcze krwawiącą ranę.
- Musiałem cie ratować – schował strzykawkę do kieszeni. - Puls ci zwalniał poniżej 50.
Zatkało mnie. Chciał mi przywrócić życie, zamianą kilku mililitrów krwi. Zemdliło mnie na myśl, że we mnie płynie krew rodziny Drakuli. Ale mama mi coś przekazała, ' Idź za głosem serca '. Podbiegłam do Chrisa. Mocno go pocałowałam.
- Kocham Cię – szepnęłam mu do ucha. Przytulił mnie. Wyszedł, bo ja musiałam się załatwić.
W oknie zobaczyłam znaną postać. Nie mogłam sobie przypomnieć, skąd ją znam. Odblokowałam drzwi i zawołałam Chrisa. Nie było go. Popatrzyłam jeszcze raz w okno. Postać próbowała dostać się do środka budynku. Poczułam intensywny zapach stęchlizny. Ogarnęło mnie dziwne uczucie żądzy krwi. Przeraziłam się. Przecież to niemożliwe, żebym po ugryzieniu wampira stała się... Zamarłam.
Postać z okna postanowiła dać mi spokój i zniknęła. Nie wiedziałam, co się ze mną dzieje. Wyrosły mi kiełki. Wybiegłam na korytarz. Mdliło mnie od braku krwi. Podeszłam z uśmiechem do pewnej dziewczyny i zaczęłam z nią rozmawiać. Po chwili uderzyłam ją w głowę. Upadła na ziemię. Schyliłam się do niej i spojrzałam w przerażająco pomarańczowe oczy, które zostały otwarte. Nie mogłam się powstrzymać. Rozglądnęłam się i wgryzłam w jej piękną szyję. Jej krew była słodka. Miałam wyssać tylko kilka kropel, ale skusiłam się na więcej.
- Viola, co to do cholery wyprawiasz?!- krzyknął z przerażeniem Chris i odepchnął mnie od mojej zdobyczy. Momentalnie się ocknęłam. - Przecież nie jesteś wampirem!