środa, 2 listopada 2011

Rozdział VI


Rana bolała mimo opatrunku coraz bardziej. Musiałam się stąd zmywać, ale chciałam wiedzieć kim jest ten okrutny wampir. Po prostu musiałam!
- Jason? - zapytałam – Jason Bowl?
Postać kiwnęła potakująco głową. Przecież to nie mógł być mój ojciec, zginął (ponoć zginął) tuż po moich 8 urodzinach – dlatego resztę czasu wychowywałam się u dziadków.
- Przecież ty nie żyjesz...- załamałam ręce. - Nic z tego nie rozumiem. Dlaczego miałbyś atakować własne dziecko?
Wampir przybrał postać zupełnie mi nieznanej osoby i zaczął przeraźliwie charczeć. Odskoczyłam. Różdżka nie mogła mi pomóc w wydostaniu się – czary nie potrafią oszukiwać, tj. też między innymi otwierać magią zamków z szyframi. Przetelepotować też się nie mogłam, bo przecież nie mam tak dużej mocy. I tak pewnie surowo mnie ukarzą za używanie magii bez obecności profesora.
   Pomocy! Wampir za niedługo się uwolni. Różdżka prawie nie ma już mocy – a ja siedzę tu całkiem sama, bez nikogo, kto mógłby mi pomóc i w dodatku kuśtykam, odczuwając gorszy ból, od tego, kiedy Chris po raz drugi ugryzł mnie w szyję. Popatrzyłam na różdżkę. Mocy wystarczy tylko na 2 zaklęcia. Jako pierwsze bez chwili wahania wymówiłam w głowie, by Chris i profesor się tu znaleźli. Razem na pewno coś wymyślimy. Skupiłam się i zrobiłam to. Odczułam przy tym tak okropny ból w kostce, że łzy dobrowolnie puściły mi się z oczu. Bałam się, że coś przekręciłam w zaklęciu, bo nie pojawiali się. Wampir charczał przeraźliwie, a ja biedna zaczęłam bać się każdego jego ruchu. Siedziałam w samym kącie już od jakiejś godziny. Krew dalej lała się z rany rwącym wręcz potokiem. Mdliło mnie na sam widok. Cały mój prawy but był zakrwawiony, a obok nogi powstawało czerwone jeziorko. Jeszcze chwila i się wykrwawię na śmierć. Dlaczego nic się nie dzieje? - rozpłakałam się rzewnie. Postać w siatce poruszyła się. Byłam bliska swojego końca, czułam to. Przecież nie mogłam się ruszyć – ból był nie do zniesienia. Wampir-tata-Łukasz uwolnił się i już miał się na mnie rzucić, gdy betonowe drzwi z szyfrem otworzyły się i w szklanej, latającej kuli do środka wleciał profesor. Chris wpadł do ciemnego pomieszczenia zaraz za nim.
- Boże, Viola ! - krzyknął.
- Chris, Chris! - darłam się wniebogłosy. - Tak bardzo boli! - płakałam. Przytulił mnie i wziął na ręce. Profesor toczył walkę z wampirem. Chris wybiegł ze schronu najprędzej jak się dało, a ja starałam się głęboko oddychać.
- Nie możemy tak zostawić profesora.- zbuntowałam się, choć nie wiedziałam, jak moglibyśmy pomóc. Posadził mnie pod drzewem.
- Zostań tu. - polecił mi, po czym długo i bardzo namiętnie mnie pocałował. Zmienił się w wampira i poleciał profesorowi od magii na pomoc. Ledwo co oddychałam, ale widziałam dobrze całe zajście w schronie. Musiałam im jakoś pomóc, ale jak?
Wstałam, konałam z bólu i kuśtykałam z podkuloną głową, ale w pewnym momencie dotarłam do betonowych wrot i chwyciłam różdżkę. Ostatkiem sił wypowiedziałam pierwsze 4 słowa, które przyszły mi na myśl i skierowałam główkę różdżki na wampira. Nagle wampir w potwornym krzyku rozpuścił się w powietrzu i zostawił po sobie tylko pelerynę. Chris odwrócił się w moją stronę i podbiegł do mnie, bo upadłam na trawę.
- Jakiego zaklęcia użyłaś, Viola? - zapytał mnie, ale nie zdążyłam odpowiedzieć.
Profesor zrobił ogromne oczy. Zaczął się jąkać i patrzył na mnie z podziwem. W ręce miał skrawek peleryny wampira. W rogu były wycięte inicjały.
'L.S'
Chris w okamgnieniu stał się blady jak papier a profesor zdołał wypowiedzieć tylko dwa zdania.
- ' Lord Sallwadus. To ona jest wybranką '.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz